reklama

Przerwa na lunch w japońskiej szkole. Inspirujące

Przerwy na lunch w japońskiej szkole wyglądają cokolwiek inaczej niż te, które znamy z polskich realiów. Zasadniczo różnią się… wszystkim. Może dlatego, że nie chodzi w niej wyłącznie o jedzenie, nic nie jest robione w pośpiechu, na łapu-capu?

Do lunchu dzieci przygotowują się już w domu, stosownie się pakując. Każdy uczeń zabiera ze sobą kubek, matę do jedzenia, a także szczoteczkę do zębów i maseczkę, schowane w specjalnie do tego przeznaczonym woreczku. Nie ma mowy, żeby na śniadanie dziecko wzięło coś przypadkowego czy jakieś drobne do wykorzystania w szkolnym sklepiku.

Sama przerwa obiadowa w japońskiej szkole trwa tyle, ile typowa jednostka lekcyjna, tj. 45 minut. W procesie wychowania i edukacji wydaje się po prostu nie mniej cenna niż każda inna lekcja. Choć klasy są liczne - niemal czterdziestką uczniów opiekuje się jeden nauczyciel – nie słychać wrzasków, nie ma miejsca na chaos. Wychowawca nie musi się specjalnie wysilać, bo dzieciaki są bardzo ułożone; każde wie, co ma robić i na co może sobie pozwolić.

Dzieci, co jest fantastyczne, biorą udział w przygotowywaniu lunchu. Wprawdzie samym gotowaniem zajmują się kucharki, ale to uczniowie przynoszą pojemniki z daniami do klas i sami je sobie serwują. Są bardzo samodzielni, ale i uprzejmi - nie zapominają o tym, by podziękować za przygotowanie dla nich pysznego jedzenia. To urocze.

W porze lunchu nikt się nie spieszy, nikt nikogo nie pogania. Uczniowie są bardzo zdyscyplinowani i zorganizowani, świetnie odnajdują się w obiadowych procedurach: myją ręce, nakrywają stoliki, zakładają fartuchy, czepki i maseczki, a przed wejściem do pomieszczeń kuchennych używają… żelu do sterylizacji rąk (co wygląda dość osobliwie. Jednak kiedy na koniec zajęć dzieciaki sprzątały szkołę, ponieważ nie zatrudnia się w nich ekip sprzątających, zdecydowanie nie były już takie higieniczne, więc to raczej kultura jedzenia, nie paranoja).

Zdrowy lunch, do przygotowania którego użyto warzyw ze szkolnego ogródka, dzieci jedzą w swojej klasie. Nikt ich nie obsługuje – każdy ma jakieś zadanie, jakąś rolę. Mają też dużą świadomość: zarówno konsumencką – wiedzą, co jedzą i skąd pochodzą produkty, jak i ekologiczną – wszystko, co pozostało po obiedzie, a nadaje się do przetworzenia, przygotowują do recyclingu (kartoniki po mleku są nie tylko rozrywane, ale i płukane). Same też po sobie sprzątają – tu także nie ma miejsca na przypadkowość, zaniedbanie i chaos (panie, które zajmują się myciem naczyń, są z tego powodu na pewno zadowolone).

Choć lunch ma posmak celebrowanego rytuału, wszystko jest w nim przemyślane i zorganizowane, to panuje radosna, luźna atmosfera. Słychać gwar i śmiech, a procedury nie przypominają koszarowej musztry. Widać, że dzieci lubią przebywać w szkole i spędzać w niej czas, że dobrze się bawią. Nie ma miejsca na pośpiech, nerwówkę, bałagan czy przypadkowość. Rządzi współpraca i harmonia.

Film o lunchu w japońskim szkole nas, Polaków, nieco zdumiewa. Jednocześnie staje się bodźcem do rozmów - o żywieniu dzieci, w szkolnych stołówkach także. Wrażenie robi sama kultura jedzenia, ale i podejście do lunchu, który – zdecydowanie – Japończykom nie służy wyłącznie do napełnienia żołądka. Może i u nas czas to zmienić?

Przerwa na lunch w japońskiej szkole. Inspirujące

Przerwy na lunch w japońskiej szkole wyglądają cokolwiek inaczej niż te, które znamy z polskich realiów. Zasadniczo różnią się… wszystkim. Może dlatego, że nie chodzi w niej wyłącznie o jedzenie, nic nie jest robione w pośpiechu, na łapu-capu?

Do lunchu dzieci przygotowują się już w domu, stosownie się pakując. Każdy uczeń zabiera ze sobą kubek, matę do jedzenia, a także szczoteczkę do zębów i maseczkę, schowane w specjalnie do tego przeznaczonym woreczku. Nie ma mowy, żeby na śniadanie dziecko wzięło coś przypadkowego czy jakieś drobne do wykorzystania w szkolnym sklepiku.

Sama przerwa obiadowa w japońskiej szkole trwa tyle, ile typowa jednostka lekcyjna, tj. 45 minut. W procesie wychowania i edukacji wydaje się po prostu nie mniej cenna niż każda inna lekcja. Choć klasy są liczne - niemal czterdziestką uczniów opiekuje się jeden nauczyciel – nie słychać wrzasków, nie ma miejsca na chaos. Wychowawca nie musi się specjalnie wysilać, bo dzieciaki są bardzo ułożone; każde wie, co ma robić i na co może sobie pozwolić.

Dzieci, co jest fantastyczne, biorą udział w przygotowywaniu lunchu. Wprawdzie samym gotowaniem zajmują się kucharki, ale to uczniowie przynoszą pojemniki z daniami do klas i sami je sobie serwują. Są bardzo samodzielni, ale i uprzejmi - nie zapominają o tym, by podziękować za przygotowanie dla nich pysznego jedzenia. To urocze.

W porze lunchu nikt się nie spieszy, nikt nikogo nie pogania. Uczniowie są bardzo zdyscyplinowani i zorganizowani, świetnie odnajdują się w obiadowych procedurach: myją ręce, nakrywają stoliki, zakładają fartuchy, czepki i maseczki, a przed wejściem do pomieszczeń kuchennych używają… żelu do sterylizacji rąk (co wygląda dość osobliwie. Jednak kiedy na koniec zajęć dzieciaki sprzątały szkołę, ponieważ nie zatrudnia się w nich ekip sprzątających, zdecydowanie nie były już takie higieniczne, więc to raczej kultura jedzenia, nie paranoja).

Zdrowy lunch, do przygotowania którego użyto warzyw ze szkolnego ogródka, dzieci jedzą w swojej klasie. Nikt ich nie obsługuje – każdy ma jakieś zadanie, jakąś rolę. Mają też dużą świadomość: zarówno konsumencką – wiedzą, co jedzą i skąd pochodzą produkty, jak i ekologiczną – wszystko, co pozostało po obiedzie, a nadaje się do przetworzenia, przygotowują do recyclingu (kartoniki po mleku są nie tylko rozrywane, ale i płukane). Same też po sobie sprzątają – tu także nie ma miejsca na przypadkowość, zaniedbanie i chaos (panie, które zajmują się myciem naczyń, są z tego powodu na pewno zadowolone).

Choć lunch ma posmak celebrowanego rytuału, wszystko jest w nim przemyślane i zorganizowane, to panuje radosna, luźna atmosfera. Słychać gwar i śmiech, a procedury nie przypominają koszarowej musztry. Widać, że dzieci lubią przebywać w szkole i spędzać w niej czas, że dobrze się bawią. Nie ma miejsca na pośpiech, nerwówkę, bałagan czy przypadkowość. Rządzi współpraca i harmonia.

Film o lunchu w japońskim szkole nas, Polaków, nieco zdumiewa. Jednocześnie staje się bodźcem do rozmów - o żywieniu dzieci, w szkolnych stołówkach także. Wrażenie robi sama kultura jedzenia, ale i podejście do lunchu, który – zdecydowanie – Japończykom nie służy wyłącznie do napełnienia żołądka. Może i u nas czas to zmienić?